Rowerem na Mazury!
Od jakiegoś czasu chciałem posmakować romantycznej jazdy na rowerze. Nie żadne wyścigi czy ultra maratony. Po prostu miałem ochotę wsiąść na rower i przejechać się dla frajdy.
Długo zastanawiałem się, gdzie mogę pojechać. Tak, żeby wyjść z domu, wsiąść na rower i ruszyć przed siebie. Po przejrzeniu map i szukaniu inspiracji zdecydowałem, że jadę do Mikołajek. Przez wiele lat żeglowałem po Mazurach, uwielbiam ten region, a że nigdy w życiu nie byłem tam na rowerze, stwierdziłem, że czas to zmienić. Kilka wieczorów poświęciłem na opracowanie trasy. W sumie miałem do przejechania około 250 km.
Plan był prosty – w sobotę rano jadę rowerem do Mikołajek. Tam czeka na mnie Rafał, z którym w niedzielę i poniedziałek zwiedzamy Mazury na rowerach.
Dzień wcześniej przygotowałem rower – przypiąłem sakwę podsiodłową, jedną na ramę i pod ramę, do tego mały plecak. Najważniejsze rzeczy do zabrania: zestaw naprawczy, łyżki do opon, dętki, powerbank i nawigacja.
Start!
Sobota rano – pobudka o 2:30. Plan był taki, żeby o 4:00 ruszyć w trasę. Poranna kawa, sprawdzenie czy wszystko zabrane – i można jechać. Chwilę po czwartej przejeżdżałem przez kładkę pieszo-rowerową nad Wisłą. Kierunek: Serock.
Na początek trasa biegła wzdłuż Kanału Żerańskiego, szybkie odbicie na molo w Nieporęcie na zdjęcie o wschodzie słońca i dalej do Serocka na kawę. 40 km za mną – zostało jeszcze 210.
Kolejne 30 km jechałem wzdłuż Narwi – czasem wałami, czasem obok nich – aż do Pułtuska. Wjazd do miasta prowadzi przez kładkę nad Narwią, z której widać zamek. Oczywiście trzeba było też przejechać przez najdłuższy brukowany rynek w Polsce, który znajduje się właśnie w Pułtusku.
Następne miasto po drodze to Maków Mazowiecki – 95 km trasy i dobra okazja na uzupełnienie zapasów oraz szybkie śniadanie nad Zalewem Makowskim.
Walka z wiatrem
Przez kolejne kilometry jechałem pod wiatr. Tak – zapomniałem dodać, że tego dnia mocno wiało prosto w twarz. Starałem się trzymać zaplanowanej trasy, ale gdy tylko mogłem schować się w lesie i osłonić od wiatru, korzystałem z tej opcji. Niestety takie uciekanie w leśne drogi oznaczało częste sprawdzanie mapy i modyfikowanie trasy.
Przy okazji odkryłem kilka pięknych szutrów, ale też sporo piachu. Najgorszy był wjazd do Adamczychy. Żeby zobaczyć wioskę o tej samej nazwie co w serialu „1670”, musiałem przedzierać się przez piachy. Przez około 2 km zamiast jechać, prowadziłem rower. Ale Adamczychę zobaczyłem.
Wjazd na Mazury
Około 200. kilometra przekroczyłem granicę województwa warmińsko-mazurskiego. Krajobraz zaczął się zmieniać – pola i łąki ustąpiły miejsca pięknym lasom.
Przeliczyłem kilometry i okazało się, że ostatni prom, na który liczyłem, odpływa o 17:30, a przede mną jeszcze kilka kilometrów. Jeśli się nie wyrobię – muszę nadrabiać około 40 km. Szybka przerwa w miejscowości Krzyże – batonik, izotonik i ruszam dalej.
Po kilku kilometrach pięknej szutrowej ścieżki trafiłem na leśny dukt wysypany grubym gruzem. Trzeba było schodzić z roweru albo omijać przeszkody bokiem. Kolejne miasto – Ruciane-Nida – minąłem bez zatrzymywania się. Po drodze do promu mijam śluzę Guziankę – szybkie zdjęcie i lecę dalej.
Kierunek: rezerwat konika polskiego nad jeziorem Bełdany. Jeszcze 12 km do promu. Niestety w rezerwacie nie było mi dane zobaczyć dziko żyjących koni, ale dzięki temu nie spóźniłem się na ostatni kurs.
Gdy dojechałem do Wierzby, prom właśnie podpływał do brzegu. A na nim – Rafał. Okazało się, że nie chciało mu się czekać na mnie w Mikołajkach, więc wsiadł na rower i ruszył mi naprzeciw.
Po przepłynięciu promem ostatnie 5 km jechałem już na totalnym luzie. Bez pośpiechu wjechaliśmy do Mikołajek na zasłużoną kawę. Po niej zapakowaliśmy rowery na samochód i ruszyliśmy do Giżycko do hotelu, żeby nabrać sił przed kolejnym dniem – 130 km po mazurskich szutrach.
CDN. ;)
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.