Rowerem na Mazury

02 kwietnia 2026

   Rowerem na Mazury!

 

   Od jakiegoś czasu chciałem posmakować romantycznej jazdy na rowerze. Nie żadne wyścigi czy ultra maratony. Po prostu miałem ochotę wsiąść na rower i przejechać się dla frajdy.

 

   Długo zastanawiałem się, gdzie mogę pojechać. Tak, żeby wyjść z domu, wsiąść na rower i ruszyć przed siebie. Po przejrzeniu map i szukaniu inspiracji zdecydowałem, że jadę do Mikołajek. Przez wiele lat żeglowałem po Mazurach, uwielbiam ten region, a że nigdy w życiu nie byłem tam na rowerze, stwierdziłem, że czas to zmienić. Kilka wieczorów poświęciłem na opracowanie trasy. W sumie miałem do przejechania około 250 km.

 

   Plan był prosty – w sobotę rano jadę rowerem do Mikołajek. Tam czeka na mnie Rafał, z którym w niedzielę i poniedziałek zwiedzamy Mazury na rowerach.

 

   Dzień wcześniej przygotowałem rower – przypiąłem sakwę podsiodłową, jedną na ramę i pod ramę, do tego mały plecak. Najważniejsze rzeczy do zabrania: zestaw naprawczy, łyżki do opon, dętki, powerbank i nawigacja.

 

Start!

 

   Sobota rano – pobudka o 2:30. Plan był taki, żeby o 4:00 ruszyć w trasę. Poranna kawa, sprawdzenie czy wszystko zabrane – i można jechać. Chwilę po czwartej przejeżdżałem przez kładkę pieszo-rowerową nad Wisłą. Kierunek: Serock.

 

   Na początek trasa biegła wzdłuż Kanału Żerańskiego, szybkie odbicie na molo w Nieporęcie na zdjęcie o wschodzie słońca i dalej do Serocka na kawę. 40 km za mną – zostało jeszcze 210.

 

   Kolejne 30 km jechałem wzdłuż Narwi – czasem wałami, czasem obok nich – aż do Pułtuska. Wjazd do miasta prowadzi przez kładkę nad Narwią, z której widać zamek. Oczywiście trzeba było też przejechać przez najdłuższy brukowany rynek w Polsce, który znajduje się właśnie w Pułtusku.

 

  Następne miasto po drodze to Maków Mazowiecki – 95 km trasy i dobra okazja na uzupełnienie zapasów oraz szybkie śniadanie nad Zalewem Makowskim.

 

Walka z wiatrem

 

   Przez kolejne kilometry jechałem pod wiatr. Tak – zapomniałem dodać, że tego dnia mocno wiało prosto w twarz. Starałem się trzymać zaplanowanej trasy, ale gdy tylko mogłem schować się w lesie i osłonić od wiatru, korzystałem z tej opcji. Niestety takie uciekanie w leśne drogi oznaczało częste sprawdzanie mapy i modyfikowanie trasy.

 

   Przy okazji odkryłem kilka pięknych szutrów, ale też sporo piachu. Najgorszy był wjazd do Adamczychy. Żeby zobaczyć wioskę o tej samej nazwie co w serialu „1670”, musiałem przedzierać się przez piachy. Przez około 2 km zamiast jechać, prowadziłem rower. Ale Adamczychę zobaczyłem.

 

Wjazd na Mazury

 

Około 200. kilometra przekroczyłem granicę województwa warmińsko-mazurskiego. Krajobraz zaczął się zmieniać – pola i łąki ustąpiły miejsca pięknym lasom.

 

   Przeliczyłem kilometry i okazało się, że ostatni prom, na który liczyłem, odpływa o 17:30, a przede mną jeszcze kilka kilometrów. Jeśli się nie wyrobię – muszę nadrabiać około 40 km. Szybka przerwa w miejscowości Krzyże – batonik, izotonik i ruszam dalej.

 

   Po kilku kilometrach pięknej szutrowej ścieżki trafiłem na leśny dukt wysypany grubym gruzem. Trzeba było schodzić z roweru albo omijać przeszkody bokiem. Kolejne miasto – Ruciane-Nida – minąłem bez zatrzymywania się. Po drodze do promu mijam śluzę Guziankę – szybkie zdjęcie i lecę dalej.

 

   Kierunek: rezerwat konika polskiego nad jeziorem Bełdany. Jeszcze 12 km do promu. Niestety w rezerwacie nie było mi dane zobaczyć dziko żyjących koni, ale dzięki temu nie spóźniłem się na ostatni kurs.

 

   Gdy dojechałem do Wierzby, prom właśnie podpływał do brzegu. A na nim – Rafał. Okazało się, że nie chciało mu się czekać na mnie w Mikołajkach, więc wsiadł na rower i ruszył mi naprzeciw.

 

  Po przepłynięciu promem ostatnie 5 km jechałem już na totalnym luzie. Bez pośpiechu wjechaliśmy do Mikołajek na zasłużoną kawę. Po niej zapakowaliśmy rowery na samochód i ruszyliśmy do Giżycko do hotelu, żeby nabrać sił przed kolejnym dniem – 130 km po mazurskich szutrach.

 

CDN. ;)

Strona www stworzona w kreatorze WebWave.